stycznia 22, 2014

Chomiczówka, życiówka i grochówka...

XXXI Bieg Chomiczówki zdecydowanie mogę uznać za udany. Pobiłam swoją życiówkę na 15 km (bo właśnie tyle kilometrów liczy ten bieg), poprawiłam swój czas na tym dystansie o 10 min (wynik z czerwca podczas Pucharu Maratonu na 15 km - co prawda trasa ma zupełnie inny profil, bo Chomiczówka to bieg po płaskim i po asfalcie, a Puchar Maratonu odbywa się w lesie, gdzie występują lekkie podbiegi, ale i tak jest progres), a na koniec zjadłam jeszcze pyszną grochówkę. 
Ale po kolei...

Kompletnie nie planowałam wcześniej, że wezmę udział w tym biegu, ale coś mnie "tchnęło" i się zapisałam, co wcale nie było takie proste, bo już dwa tygodnie przed biegiem lista startowa była zamknięta przez ogromne zainteresowanie tymże biegiem. Na szczęście została otwarta dodatkowa tura dla stu pierwszych osób, które zdążą się zapisać i udało mi się. Decyzja, jak na moje usposobienie i lubowanie się w szczegółowym planowaniu, gdzie i kiedy (oraz z nastawieniem na jaki wynik) będę startować, była więc dość spontaniczna. 


Nieco, nazwijmy to zdołowana moimi ostatnimi startami w Falenicy nie nastawiałam się specjalnie na jakiś lepszy wynik niż byłoby to w moim mniemaniu możliwe. Tym bardziej, że o dziwo w ostatnich dniach przyszła do nas realna zima tej zimy (i znowu zaskoczyła drogowców). Tzn. w zasadzie nie mogę powiedzieć, żebym nie lubiła biegać przy niższych temperaturach (w sumie mogę określić siebie, jako biegacza ciepło skórnego - w tym sensie, że nawet, jak na zewnątrz są straszne mrozy ja i tak zakładam tylko dwie warstwy, nigdy też nie zakładałam żadnego szalika, czy buffa biegając, że nie wspomnę już o kominiarce i naprawdę z ogromnym zdziwieniem patrzę na ludzi, którzy się tak opatulają...), ale za to kiepsko radzę sobie na ślizgawkach (primo: moje buty do biegania zdecydowanie nie określiłabym mianem butów z dobrą przyczepnością do podłoża; secundo: kiepsko jeżdżę na łyżwach). Tak więc na bieg jechałam bez większych oczekiwań, ale też i obaw, a raczej z myślą "co ma być to będzie." Oczywiście w podświadomości czaiła się chętka na życiówkę, tym bardziej, że na moim etapie i poziomie zaawansowania w zasadzie co bieg, to życiówka, ale wolałam mentalnie nie zapeszać. A jak to wyszło w praktyce?







 
























Udało mi się pobiec z czasem 1:11:15, open: 437/1237, klasyfikacja kobiet: 28/253, K20: 12/53. Mogę śmiało powiedzieć, że to był chyba najbardziej udany bieg w moim wykonaniu. Udało mi się nawet pobiec według negative splits! Pierwszą piątkę pokonałam w 24:34, druga piątka 23:40, a trzecia 23:01. Sukcesywnie wyprzedzałam też panie na trasie, bo po pierwszej piątce byłam 42 wśród kobiet, na dyszce 34, a finalnie dobiegłam 28. Może złotych kalesonów, ani niczego nie wygrałam, ale jestem bardzo zadowolona z tego biegu (kto wie, może kiedyś wygram złote kalesony :P ). Dobrze rozłożyłam siły i stać mnie było jeszcze na wyciśnięcie paru sekund na finishu, a za metą miałam chęć puścić pawia, a to zdecydowanie jedna z lepszych oznak na to, że bieg był udany. ;)


Pod względem organizacyjnym uważam ten bieg za kapitalny i z pewnością za rok (jeśli Bozia da) ponownie tam wystartuję. W biurze zawodów nie było specjalnych kolejek, na starcie był podział na strefy czasowe, pomimo mrozu na trasie można było nawet napić się wody (nie skorzystałam...), za metą każdy dostawał całkiem ładny medal, parę minut po ukończeniu biegu każdy dostawał sms-a z czasem netto, zaraz za metą można się było pożywić pyszną grochówką, napić ciepłej herbaty, bądź kawy, słowem: ŚWIAT I LUDZIE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Szanuj pasję , Blogger