Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Podsumowanie II trymestru, czyli słów kilka o treningowej ciężarówce

maja 07, 2021

Podsumowanie II trymestru, czyli słów kilka o treningowej ciężarówce

Zaraz skończę 31 tydzień ciąży, więc wypadałoby w końcu zabrać się za napisanie podsumowania mojego drugiego trymestru ciąży, bo jak tak dalej będę się ociągać, to jeszcze nie wyrobię się przed porodem! Co się zmieniło od 14 do 27 tygodnia? Czy nadal dzielnie trenowałam i ... biegałam? W jaki sposób zaczęłam przygotowywać się do aktywnego porodu i czy coś zmieniło się w moim podejściu do aktywności fizycznej w tym okresie? 



Drugi trymestr zaczęłam na początku stycznia, a skończyłam mniej więcej w połowie kwietnia. W tym czasie moje ciało zmieniło się diametralnie, a jeszcze bardziej moje możliwości fizyczne względem treningu. Sama nie wiem, co ciężej (lub prościej?) było mi zaakceptować - fakt, że z każdym tygodniem staję coraz to krąglejszą kulką, czy to, że moja wydolność spada i samo wejście po schodach powoli staję się czynnością, która zdaję się być wyjściem poza strefę komfortu... I wreszcie, jak pogodzić się z tym, że bieganie nie jest już dla mnie, chociaż miałam przecież takie ambitne plany, aby biegać niemal do rozwiązania? 

11 i 27 luty :)


Cóż. Prawda jest taka, że wszystkie te zmiany dzieją się tak stopniowo, że z dnia na dzień w zasadzie ich się nie zauważa. Jedyną zmianą, która zaszła nagle, był to, że ... bieganie przestało mi sprzyjać. Tydzień 8-14.02 zakończyłam z 37km na liczniku, w tym marszobiegiem w niedzielę, który wyniósł łącznie 10km, a w poniedziałek zrobiłam kolejne 7,5km, a tutaj nagle bach... W środę (Popielcową!) wyszłam rano z zamiarem wykonania kolejnego ciężarnego truchciku, ale po około 300 metrach musiałam przejść do marszu, bo zaczęłam czuć dyskomfort (jakby parcie na pęcherz połączone z kuciem w okolicach krocza...). Spróbowałam jeszcze raz, gdy dyskomfort ustąpił, ale po chwili powrócił znowu... Uznałam, że nie ma to sensu i wróciłam się do domu po kijki. I tak o to, zaczęła się moja kijkowa "przygoda" w czasie ciąży. Czy ciężko mi było to zaakceptować i odpuścić bieganie? Z pewnością trochę tak, ale uważam, że i tak przyjęłam to ze spokojem na ile potrafiłam. Nie chciałam robić nic na siłę i posłuchałam po prostu swojego organizmu (nie miałam żadnego przeciwskazania od lekarza, aby nie biegać). Pamiętam, że kiedyś (dawno dawno temu, gdy nie byłam jeszcze w ciąży) planowałam kupić taki specjalny pas podtrzymujący brzuch dla ciężarnych, aby móc biegać, jak najdłużej w okresie ciąży, ale gdy już znalazłam się w tym kangurzym stanie... zmieniłam zdanie. Takie sztuczne podtrzymywanie brzucha, aby macica nie uciskała na pęcherz, mięśnie dna miednicy itd, zaczął jawić mi się, jako nieco głupi i mało naturalny. 

1 i 29 marca :)


Tak więc zaakceptowałam fakt, że czeka mnie dłuższy rozbrat z bieganiem i zaczęłam chodzić z kijkami, co w ciąży jest naprawdę świetną alternatywą. Staram się robić co drugi dzień około 6,5-8km, dzięki czemu utrzymuję kondycję na ile to możliwe, jestem dotleniona, a mój maluszek w brzuchu ma systematycznie zapewnioną dawkę kołysania i cały czas jest ustawiony prawidłowo główką w dół. :) 

11 kwietnia i 1 maja :)



A co robiłam w dni kiedy nie chodziłam z kijkami?


Nadal dzielnie ćwiczyłam w domu na macie. Niemal przez cały drugi trymestr robiłam średnio 3 treningi z użyciem ciężarków 5kg i 3kg oraz taśm mini bend. Dodawałam do tego też kardio dla kobiet w ciąży (bez podskoków itp), aby podtrzymać choć trochę swoją wydolność (niestety z momentem, gdy przestałam biegać, zaczęła ona odczuwalnie spadać). Na koniec oczywiście rozciąganie (ale też już takie bardziej dostosowane dla ciężarnych - nie pogłębiające lordozy lędźwiowej, rozejścia mięśni brzucha).  Często moim rozciąganiem była też joga dla kobiet w ciąży z Gosią Mostowską. Najczęściej zamykałam się w 60 minutach. 

II trymestr to również czas, gdy zaczęłam się przygotowywać do aktywnego porodu (bo taki mi się marzy jeśli można tak powiedzieć). Z początkiem marca zapisałam się na kurs położnej Izabeli Dembińskiej "Świadomy ruch i oddech do porodu - sesje pracy z ciałem do porodu", co okazało się być strzałem w dziesiątkę! Co prawda z początku ćwiczenia na tych sesjach zdawały mi się być przesadnie delikatne, ale z czasem bardzo się do nich przekonałam, a wręcz uzależniłam od ich wykonywania. Wyciszają mój umysł, relaksują ciało, odciążają bolące miejsca, uczą odpuszczania (co dla osoby trenującej wydolnościowo od lat nie jest takie proste) oraz pozycji, które można wykorzystać w czasie porodu  i co bardzo ważne - dodają wiary w to, że moje ciało i głowa poradzą sobie z porodem. Tak więc, jeśli czyta to jakaś kobieta, która jest w ciąży lub ją planuję, to naprawdę szczerze polecam ten kurs - nie będziesz żałować! 




Z czego jestem dumna i wdzięczna samej sobie z perspektywy przejścia przez czas II-ego trymestru?


Jestem dumna, że w 21.tygodniu ciąży weszłam na Śnieżkę i zrobiłam jeszcze dwie inne trasy po Karkonoszach. Takim akcentem przywitałam też czwartą dekadę swojego życia i skończyłam trzecią... :) Jestem też wdzięczna sobie za to, że pomimo wielu gorszych nocy w II trymestrze, nie odpuszczałam z ćwiczeniami, dzięki czemu lepiej czułam się fizycznie, psychicznie i w miarę kontrolowałam swoją wagę. Drugi trymestr to też okres w którym przeczytałam sporo książek i za to również jestem sobie wdzięczna (przez straszenie innych, że jak urodzę "to zobaczysz, nie będzie czasu na książki", wzbudziła się we mnie obawa, że od lipca moje czytelnictwo ograniczy się do jednej książki rocznie, więc czytam tak zachłannie, jakby potem świat miał się skończyć...). Sporo też ugotowałam przeróżnych dobrych obiadków w tym czasie i jestem sobie wdzięczna, że dbam o swoją dietę (nie licząc weekendowych grzeszków i wyjazdów do teściów :P) - dzięki czemu nie mam zgagi, a mój przyrost ciała nie jest, aż tak bardzo zatrważający... No i nasze maleństwo ma zdrową i zbilansowaną dietę! 




Tak w telegraficznym (jak na mnie) skrócie mogłabym podsumować ten czas pod względem swojej aktywności fizycznej. Przeżyłam go na tyle dobrze na ile potrafiłam i mam nadzieję, że za rok o tej porze, gdy wejdę na ten wpis, będę już w całkiem niezłej formie! :) 



10. Bieg Ursynowa - zaskakująca relacja

czerwca 14, 2016

10. Bieg Ursynowa - zaskakująca relacja

W ostatnią niedzielę odbył się jubileuszowy Bieg Ursynowa. O godzinie 10 wystartował bieg główny na dystansie 5 km, który był jednocześnie Mistrzostwami Polski na tym dystansie. Z czasem 13:56 (kosmos!) zdobył ten zacny tytuł Szymon Kulka. 


A jeśli o mnie chodzi... Postanowiłam się sprawdzić na dystansie 10 km (start był o godz.11:30) i zweryfikować w jakim miejscu jestem po miesiącu nieco mocniejszych systematycznych treningów. I muszę przyznać, że zaskoczyłam samą siebie. Ale zanim przejdę do relacji... 

Czas netto: 44min 55 sek, wśród kobiet miejsce 4 na 185, w K20 - 1,Open 128/644.
W ostatnich pięciu tygodniach treningu zdecydowanie postawiłam głównie na szybkość. Biegałam stosunkowo dużo rytmów przeplatanych kilometrówkami w tempie interwału (śr.4:05-4:10/km) lub w tempie progowym (śr.4:27-4:38/km - w zależności od długości odcinka i samopoczucia). W zasadzie w ogóle nie "liznęłam" biegów ciągłych - wykonałam tylko jeden trening tego typu, tj: bs/ 40min w tempie progowym (4:38/km)/bs. Jeśli zaś chodzi o tempo rytmów, to tutaj również wychodziły mi niemal "książkowo", tak jak u Danielsa - śr. 3:50-3:35/km. W tym, zrobiłam jeden trening stricte interwałowy: 6x1km w tempie interwału, który zaprocentował już niemal następnego dnia podbiciem formy (dzień po akurat przypadło mi do zrobienia 20 km wybiegania i biegło mi się z tą zawsze wyczekiwaną lekkością; jak to się mówi "noga podawała") i zbiciem tętna o parę oczek.

Faza I - Budowanie bazy. (19 luty - 5 marca)

marca 05, 2016

Faza I - Budowanie bazy. (19 luty - 5 marca)

Wracanie do formy po kontuzji to wcale nie prosta sprawa. Człowiek porównuję siebie, jak to biegał parę miesięcy temu, jak te 5 km, które teraz są prawdziwym wyzwaniem, kiedyś były zaledwie rozgrzewką. Staram się jednak nie popadać w tego typu sportowy sentymentalizm i powoli wrócić do biegowych łask. Bywa ciężko - nie ukrywam, ale taki to już urok biegania.







Postanowiłam sobie, że tym razem wrócę do treningów trzymając się sztywno wytycznych, jakie proponuję J.Daniels (nie ten od whisky rzecz jasna). Nie daję się ponieść emocjom i nawet, gdy czuję, że mogłabym pobiec dzisiaj więcej i zamiast tych skromnych 7 km, zrobić 10 km, to okiełznuję tego typu myśli i mówię sobie stop. Co konkretnie zaleca Daniels?


Biegowe podsumowanie roku 2015 ...

grudnia 31, 2015

Biegowe podsumowanie roku 2015 ...

Był to dla mnie zdecydowanie burzliwy rok. Pełen wzlotów i upadków, a w zasadzie upadków i wzlotów, bo tych pierwszych było raczej więcej, a te drugie występowały sporadycznie. Co jednak udało mi się osiągnąć, czego więcej starałabym się nie powtórzyć, co napawa mnie dumą, a co frustruje, gdy myślę sobie o tym minionym roku?



Weryfikacja planów i zimna kalkulacja

marca 08, 2015

Weryfikacja planów i zimna kalkulacja

Za mną kolejny tydzień treningowy. Stuknęło 103,18 km, w tym 3 naprawdę wartościowe akcenty. W skrócie:

Podsumowanie tygodnia (2.03 - 8.03)

Poniedziałek: 15 km wybiegania po niedzielnych zawodach (średnie temp.5:17min/km)
Wtorek: Biegi progowe 4,8/3,2/1,2 km (miało być na stadionie, ale niestety zastała mnie ślizgawka, więc trzeba było zrobić trening na pętli nad stawem); tempo progowe wyszło trochę słabiej niż zazwyczaj na treningu, bo jednak w nogach miałam jeszcze zawody (4:32-4:38min/km); z przerwą 2min trucht - łącznie 15,07 km
Środa: wolne od biegania/ zajęcia ze sztangą
Czwartek: Trening rytmowo - progowy; tj. bs/3x200/200m trucht/ 5x1,2km temp.prog 4:26-4:34min/km z przerwą 35sekund/ rytmy 2x400/400 - łącznie 14,39km - najbardziej w tym treningu pozytywnie mnie zaskoczyło, że schłodzenie po treningu zrobiłam w okolicach tempa maratońskiego, a wydawało mi się, że robię regeneracyjny truchcik
Piątek: regeneracja 14,13 km (śr. 5:25min/km)
Sobota: 20km w tempie maratońskim (śr.tempo wyszło 4:52min/km), łącznie 24,58km ze średnią 4:58min/km - naprawdę bardzo dobra dyspozycja i czułam, że mogłabym spokojnie jeszcze dalej pociągnąć bieg w tempie M (2 tygodnie temu ledwo dobrnęłam do końca)
Niedziela: regeneracyjne 20km (śr.tempo 5:21min/km)

Sobotni trening


Ogólnie ten tydzień zdecydowanie mogę uznać za bardzo udany. Prócz biegania staram się 3 razy w tygodniu robić ćwiczenia z piłką gimnastyczną na brzuch i stabilizację, ćwiczenia na ręce z ciężarkami i oczywiście nie zaniedbywać stretchingu, bo muszę przyznać, że daleko mi do ideału w tej kwestii. Tzn. nie żebym jakoś bardzo rzadko się rozciągała, ale pomimo, że robię to dość systematycznie, to i tak mam wrażenie, że jestem pokurczona. Może nie mam ambicji, żeby robić szpagat, ale wyprostować te zabiegane nogi i dociągnąć je do tułowia trzymając chociaż na wysokości łydki, to by wypadało, a nie tak ślamazarnie zginać je w kolanach...

Weryfikacja i zimna kalkulacja, czyli o planowanym tempie półmaratońskim

W tytule posta wspomniałam o zimnej kalkulacji i weryfikacji. Otóż, jakiś czas temu napisałam tutaj, że chciałabym tegoroczny Półmaraton Warszawski przebiec w średnim tempie 4:29min/km i stwierdziłam, że jak najbardziej jest to możliwe. Może i jest, ale rozsądek podpowiada mi, że powinnam się raczej nastawiać na tempo w przedziale 4:35-4:39min/km. Zresztą, nie tylko rozsądek, ale i kalkulator biegowy. Poza tym zastanawiam się też, czy by nie spróbować pobiec negative splits, bo obawiam się, że znowu "zapędzę" się na początku dystansu i rzeczywiście pierwszą dychę uda mi się przebiec w tempie 4:29min/km, a potem... będę cierpieć i z każdym kilometrem zwalniać. Cóż, zobaczymy, ale coraz bardziej przekonuję się wewnętrznie do taktyki NS, a nie utrzymywania stałego tempa. Co prawda wymaga to dużej dyscypliny, bo na zawodach z reguły gazu nie brakuję na pierwszych kilometrach i biegnie się z jakąś dziwną fałszywą pewnością, że utrzyma się takie tempo z lekkością do końca dystansu, ale ta nieroztropność (delikatnie mówiąc) szybko prowadzi do zderzenia się ze ścianą, a jeśli nie ze ścianą, to do zakwaszenia i natarczywych myśli, by zejść z trasy... Cóż, zobaczymy. Nie ukrywam, że chciałabym siebie pozytywnie zaskoczyć na Półmaratonie Warszawskim i pobiec ten negative splits. :)
Tropem Wilka... i trochę o Sakramencie Potu

marca 03, 2015

Tropem Wilka... i trochę o Sakramencie Potu


W ostatni weekend wystartowałam w Biegu Tropem Wilczym dnia 1 marca, rzecz jasna w Warszawie. Przez spalony Most Łazienkowski trasa została nieco zmodyfikowana i zamiast dłuższej prostej Aleją Zieleniecką, biegaczom zostały zafundowane 4 okrążenia Parku Skaryszewskiego w przypadku biegu na 10 km, a to właśnie w nim brałam udział. Przyznam, że średnio mnie to ucieszyło. Nie dość, że 4 pętle, to w tym jeszcze parę spowalniających nawrotek, że już nie wspomnę o tych dziurach... Ale dość tego malkontenctwa. 

W tygodniu przed zawodami znacznie zmniejszyłam kilometraż, jak i intensywność treningów, tj. akcenty były tylko na pobudzenie, a nie z myślą o mocnych przetarciach, "zajeżdżaniu się" i podbijaniu formy. Ot takie, by się nie zamulić.


Podsumowanie tygodnia (23.02 - 1.03)

Wyglądało to tak:

Poniedziałek: wolne ( w sam pt, sob, niedz. łączna objętość wyniosła 64 km, więc wypadało się zregenerować nieco)
Wtorek: 12km w śr.temp. 5:06min/km
Środa: lekki akcent na pobudzenie - 5x5 min w tempie progowym 4:20 - 4:25min/km (stadion) z przerwą 1min trucht / łącznie 11km
Czwartek: bardzo luźne 11km (5:34min/km) - coś mnie lewa noga bolała...
Piątek: Rytmy 3x(200/200/400) - tempo odcinków od 3:34 do 3:45min/km / łącznie 11,80 km
Sobota: bs 8,6 km w tym przebieżki 4x100m na pobudzenie

Razem wyszło wszystkiego 65,1 km, więc o około 35 km mniej niż choćby w poprzednim tygodniu, więc teoretycznie świeżość na zawodach być powinna.

Zawody...

Czy była? Nie wiem. Wiem, że pobiegłam bardzo nierozsądnie, ale tak sobie myślę, że kompletnie nie potrafię biegać na dychę. Na razie nie jest to mój dystans. Może wraz z nabieranym biegowym doświadczeniem kiedyś go okiełznam, ale na razie chyba nie zdarzyło mi się pobiec dychy, tak jakbym sobie tego życzyła.

Ale nie mogę też powiedzieć, że poszło mi źle. Nabiegałam nową życiówkę tj. 44 min 53 s. Po przekroczeniu linii mety myślałam jednak,  że nie udało mi się nawet złamać tych nieszczęsnych 45 minut i w grobowym nastroju jadłam wojskową grochówkę, którą uraczono nas po biegu. Ze zmęczenia zapomniałam, że czas na telebimie, czy jak to tam inaczej nazwać, to czas wyświetlany od wystrzału startera, a ja linię startu przekroczyłam parę sekund później. Tak więc potem uświadomiłam sobie, że uff... złamałam 45 minut. Ale i tak byłam średnio zadowolona. Dlaczego? Bo zamiast pobiec z głową, pobiegłam pierwsze kilometry sercem, a potem cierpiałam. W okolicach 7-8km miałam nawet myśli żeby zejść z trasy. Pierwszy kilometr przebiegłam tempem 4:19 i myślę sobie "cholera, a może by tak zamiast w planowanym tempie poniżej 4:30 przez pierwsze kilometry, pobiec by tak poniżej 4:20?! Mam taką lekkość w nogach...". Tak... lekkość była może przez pierwsze 5 kilometrów, a później zaczęłam stopniowo zwalniać. Na szczęście miałam jeszcze siły, żeby przyspieszyć na ostatnim kilometrze, bo w przeciwnym razie to rzeczywiście nie złamałabym nawet tych 45 minut...


Szkoda, że podczas biegu zapomniałam o tym cytacie...

"Biegnij pod kontrolą podczas wyścigu, a wyścig będzie Twój; biegaj na czuja, a wyścig przejmie panowanie nad tobą." - święte słowa. Muszę je sobie chyba napisać flamastrem na rękach przed maratonem.



W każdym razie, co ucieszyło mnie dużo bardziej niż ta nowa życiówka (bo w duchu liczyłam na lepszy czas), byłam na 9 miejscu wśród 331 startujących kobiet, czyli, jakby nie patrzeć w ścisłej czołówce tego biegu! Pierwsza dziesiątka brzmi całkiem dumnie, tym bardziej, że tylko zwyciężczyni była młodsza ode mnie (bodajże rocznik 94), a reszta zdecydowanie starsza w większości (nawet i o ponad 10 lat...). Jaki z tego morał? Mam jeszcze dużo czasu, żeby dogonić czołówkę kobiet. :) A nawet bardzo dużo. :)

A teraz wkraczam już w BPS - Bezpośrednie przygotowanie startowe. Tak więc czekają mnie 3 mocne tygodnie przed Półmaratonem Warszawskim (ogłoszono już nową trasę i moim skromnym zdaniem jest dużo szybsza niż poprzednia, tak więc biegaczom całkiem na plus wyszło to spalenie mostu...), w których planuję nie schodzić poniżej 100 km tygodniowo (i 3 akcentów w tyg.), potem tydzień taperingu przed półmaratonem, a następnie podobny schemat przed Orlen Warsaw Marathon. Czy życie biegacza nie jest piękne? Te hektolitry wylanego potu w imię życiówek to cudowny heroizm... Jak to ładnie ktoś ujął w książce "Biegać mądrze" - Sakrament Potu...

Open: 197/1354
Wśród kobiet: 9/331
Czas netto: 00:44:53


[Btw. jeszcze co do samego biegu, to jak pewnie wszystkim wiadomo jest on organizowany dla uczczenia pamięci tak zwanych Żołnierzy Wyklętych, więc prócz samego biegu, organizowana była również rekonstrukcja historyczna i inne tego typu atrakcje, a prócz tego, udało mi się również "załapać" na krótkie przemówienie jednej z kombatantek wojennych, która m.in była skazana na ileś lat sowieckich łagrów... Przyznam, że było to dla mnie dość wzruszającym doświadczeniem. Ostatnio czytam książkę Warłama Szałamowa, również byłego więźnia łagrów, pt. "Opowiadania kołymskie", które jak się można domyślać, opisują właśnie realia, jakie tam panowały. I ciężko uwierzyć, że... były to realia. Książkę zdecydowanie polecam wszystkim choć trochę zainteresowanym tego typu tematyką.]

lutego 21, 2015

Święta rutyna

Czas zmienić nieco formułę bloga, bo tak tutaj cicho, że aż wstyd. Ostatnio w modzie zrobiły się tak zwane raporty, podsumowania - zwał, jak zwał. U mnie też taki chyba jeden jakiś czas temu się pojawił, ale na nim się skończyło, a w sumie szkoda. Szkoda bardziej dla mnie samej niż dla potencjalnego czytelnika, ale sądzę, że takie raporty to całkiem dobry sposób na uporządkowanie własnych wniosków co do treningu - taki ekshibicjonistyczny pamiętnik, który z racji tego, że jest ekshibicjonistyczny motywuję jeszcze bardziej do tego, by sumienniej do niego podchodzić. Zresztą, może też trochę z uwagi na to, że jutro moje urodziny, to zbiera mi się na podsumowania? 

Przez ostatnie dwa tygodnie byłam zmuszona biegać głównie po południami co było dla mnie niezłą próbą charakteru. Czasem tak straszliwie mi się nie chciało, że aż sama się potem sobie dziwiłam. "Ja szukam jakiś głupich wymówek? Że niby pogoda nie ta? Że po bieganiu będę zbyt wykończona, żeby jeszcze dokumentację praktyk uzupełniać?". Winne tym rewolucjom były wspomniane praktyki - szczegółów może podawać nie będę, ale nadmienię tylko, że podobnie, jak Bill Rodgers studiuję pedagogikę specjalną.

Dla sprostowania - tak naprawdę winne temu nie były same praktyki, które zajmowały mi sporo czasu, ale silnie ugruntowane przyzwyczajenie rannego biegania. Mogłabym chyba policzyć na palcach jednej ręki ile razy przez ostatni rok biegałam popołudniu/wieczorem. Jeśli chodzi o bieganie jestem w 100% skowronkiem. Nawet w weekend wstawanie o 7 rano (z myślą o bieganiu) to dla mnie normalka (choć czasem bywają poranki grozy i myśli: po cholerę mi to...). Bycie biegaczem, to bycie rutyniarzem. Ale to święta rutyna - rytuał wręcz. 

Dlaczego nie lubię biegania po południu/wieczorem? Bo trzeba analizować co będzie się jadło, tak, aby nie wystąpiły rewolucje żołądkowe... Bo nigdy człowiek nie wie, czy "coś tam" po drodze nie wyskoczy i nie będzie trzeba treningu przełożyć na późniejszą godzinę (i tutaj znowu zagwozdka "co zjeść?"). Bo świat czasem wyprowadza człowieka z równowagi i głowa staję się pełna innych problemów niż ciężki trening (a głowa też powinna dobrze biegać). Bo kiedy jest do wykonania jakiś akcent, człowiek ma za dużo czasu na analizę, czy to będzie trudny trening i czy naprawdę mu się chce tak dzisiaj siebie katować. Bo pojawiają się myśli, że może by tak dzisiaj zrobić tylko BS, a jutro akcent... Albo (o zgrozo!) zrobić dzisiaj wolne...

Przy porannym bieganiu te wszystkie dylematy dla mnie znikają. Jem sytą kolację, rano kawa i nawet nie mam czasu się zastanawiać, czy ten akcent naprawdę będzie taki morderczy. Po prostu działam jak automat i wszelkie analizy są bardzo mgliste (niczym poranna mgła). W żołądku mi nic nie chlupie i czuję swego rodzaju rześkość... A jeśli nogi nie są "zajechane" to nawet i lekkość biegu.

Zamiast podsumowania, wyszła pochwała rannego biegania... Ale urodziny mam jutro, więc jeszcze nic straconego. Podsumowanie będzie jutro...
Copyright © Szanuj pasję , Blogger