wtorek, 14 sierpnia 2018

Ultra Mazury 2018 - relacja z heroicznej biegowej sponiewierki na dystansie U30

Ojej, cóż to był za bieg! Nawet nie wiem od czego zacząć - tyle wrażeń zawierają w sobie te przebiegnięte 36,7 km, że ciężko ubrać to w zgrabną relację. Zresztą nie same kilometry są tutaj ważne, chociaż prawie każdy z nich mógłby być osobną historią... Organizatorzy bardzo się postarali, aby na trasie żadnemu z biegaczy nie nudziło się nawet przez ułamek sekundy. I udało im się to nawet z nawiązką... Szkoda tylko, że radość z tego wszystkiego zabrało mi w dużej mierze moje kolano i ból z jakim zmagałam się ostatnie 15 km. Nie tylko radość, ale i dobry wynik, w tym nawet całkiem niezłą lokatę wśród kobiet,  a w szczególności wykorzystanie tego co wypracowałam sobie na treningach. Ale nie ma tutaj mowy o żadnej porażce. To była walka do samego końca... 

 

Na Ultra Mazury zapisałam się jakieś dobre 2 miesiące przed startem, a może nawet i jeszcze wcześniej, więc nie był to spontaniczny bieg. Od ładnych paru miesięcy byłam w całkiem mocnym treningu. Co prawda w czerwcu był on nieco zaburzony przez kontuzję pachwiny spowodowaną wyeksploatowaniem się na pieszych wędrówkach po Tatrach i zbyt szybkim powrotem do treningów po powrocie z gór , ale udało się podtrzymać formę mocną jazdą na spinn bike i dużą dawką treningu uzupełniającego. A od lipca.. W zasadzie wszystko było podporządkowane treningowi i każdy mój dzień przypominał obóz treningowy. Mam to szczęście, że jako pracownik oświaty mogę się cieszyć dwoma miesiącami wolnego, a jako, że życie bez treningu to dla mnie nie życie, więc z pełnym entuzjazmem poświęcam ten czas na trening. Tak więc rano pobudka, kawa, trening biegowy, śniadanie, regeneracja, trening na siłowni, zakupy, gotowanie, obiad, regeneracja itd... :) Średnio 2-3h treningu dziennie. Ano i jeszcze 4 dni jazdy rowerem z sakwami po Karkonoszach! W lipcu czas aktywności wyniósł 70h 16min! Objętość godna Ironmena! :) 
Kończąc już ten swój samochwalczy wstęp - czułam się bardzo dobrze przygotowana na ten start i wiedziałam, że jeśli zdrowie pozwoli (a raczej felerne kolano), to mogę wypaść naprawdę nieźle. Ale przekonałam się (który to już raz), że w tych kwestiach cudów nie ma. Nie ma zdrowia, nie ma wyników. I jeśli chce być spełnionym biegaczem, to nie mogę ignorować dalej tego problemu. Być może czas leczy rany, ale kolan... chyba raczej nie. 



Piątek, 10 sierpnia (dzień przed startem)

Z Warszawy wyjechaliśmy około 16:30, tak aby być na miejscu w miarę wcześnie, zdążyć odebrać na spokojnie pakiet startowy, zameldować się w hotelu i pójść spać o przyzwoitej porze. Mniej więcej o 19:30 byliśmy już w Biurze Zawodów w Starych Jabłonkach, gdzie odebrałam pakiet i ku mojemu zaskoczeniu załapałam się na naprawdę przyzwoite pasta party. Do wyboru parę rodzajów makaronu, a to z mięsem, jak kto woli bez mięsa, kasza, sałatki , pierożki, zupa - słowem, organizatorzy się postarali. Oczywiście nie doczytałam w programie (lub regulaminie? nie wiem), że taka wyżerka przysługuję bez dodatkowych opłat na dzień przed biegiem każdemu z uczestników, więc zrobiłam dwie dość sporawe kanapki na tak zwaną "drogę", a bardziej przedstartową kolację, ale... na szczęście się nie zmarnowały. :) Potem posiedzieliśmy jeszcze trochę na pomoście przy samym Jeziorze Szeląg Mały i pojechaliśmy do hotelu Kozi Dwór w Gietrzwałdzie. Niestety długo nie mogłam zasnąć, a potem obudziłam się chyba o 5 nad ranem i już bardziej czekałam na 7 rano, aniżeli spałam, ale cóż... sprawa snu jest u mnie nieco problematyczna, a też wiadomo - im bardziej człowiek chce się wyspać, tym bardziej się tym stresuję, a jak człowiek zestresowany to i śpi kiepsko... 


Sobota, poranek przed startem 
 
W każdym razie tragedii nie było i o 7:15 zeszliśmy już na śniadanie. Niestety musiałam sobie odmówić jajecznicy i naleśników z serem, a zadowolić się jedynie bułką z dżemem i kawą - jak to zawsze w dniu startu. Lepiej nie ryzykować i poczekać z zaspokajaniem swoich kulinarnych zachcianek (i łakomstwa) na czas po biegu... 
Jeśli chodzi o pogodę to stanowiła całkowitą odmianę od upałów, jakie niemiłosiernie dokuczały i utrudniały trening w ostatnich tygodniach (nie tylko trening w zasadzie, bo w takich upałach moim zdaniem nie da się normalnie żyć!). Nieźle lało od samego rana, wszędzie wokół niemal czarne chmury, a temperatura dobrze poniżej 20 stopni. Do biegania po leśnych duktach pogoda wręcz idealna (no może ta ulewa była trochę niepokojąca). Myślę, że większość startujących cieszyła się tym załamaniem pogody, bo tak biec ultra w 30 stopniowym upale... Nawet i w cieniu ludzie padaliby jak muchy. A startujący w U100... nie wiem, jak by ich karetka zbierała w tych krzakach, piachach i pokrzywach. Helikopterem też ciężko by było się tam dostać...


Start biegu U30 miał odbyć się o godzinie 9 (U100 wystartowali już o 3 nad ranem, U70 o 6 rano,  U10 o 12 w samo południe). Zdenerwowanie trochę mi się udzielało i plotłam trzy po trzy o obejrzanym dzień wcześniej jakimś starym odcinku Zcdcp (pt. "Językoznawstwo"), a gdy szukaliśmy parkingu obok Biura Zawodów, nie zajarzyłam, że zielony napis "PARKING" to parking dla uczestników, tylko nie wiem, czemu uznałam, że to parking dla pracowników Banku ING, którzy też startują w Ultra Mazury (że niby mają taki swój osobny).  Może dlatego, że napis wyglądał bardziej, jak PARK-ING, a nie Parking... 
Pociesznym bywa biegacz w dniu zawodów! :D 
Tuż przed 9 wszyscy startujący na dystansie U30 ustawili się w strefie startu i o 9:03 ruszyliśmy. Czułam się trochę jak Indianie z plemienia Tarahumara, którzy biegają w opasce na biodrach i sandałach... Prawie wszyscy mieli plecaczki z wodą, pasy z żelami, trailowe buty, czapeczki z daszkiem na głowach - ogólnie taka typowa ultra stylówka. A ja? Żadnych żeli, na nogach Pegasusy... Jak na typowy miejski bieg. :) Ale jestem zdania, że na takim dystansie to wystarczający "osprzęt". Reszta stanowiłaby dla mnie tylko zbędny balast. A tego pod dostatkiem uzbierało mi się potem w butach (czyt. błoto itd).

Na trasie...

Pierwszy kilometr i trasa już wiodła pod górę. Wiedziałam, że przewyższenie będzie spore (+570m/-570m jak podawał organizator), ale liczyłam, że jak skończy się podbieg to potem będzie płasko chociaż przez 3 kilometry. A wyglądało to raczej tak, że podbieg kończył się zbiegiem, chwila truchtu po płaskim i za chwilę następny podbieg i znowu zbieg... I tak przez ponad 36 km. Totalna masakra dla czworogłowych ud, które to nadal mi doskwierają, gdy wstaję do WC w przerwach pisania tej relacji. Plus tego była masa dodatkowych atrakcji, żeby to nikt nie czuł się znudzony samymi podbiegami i zbiegami! Do 14 km trasa była jeszcze całkiem cywilizowana, że tak to ujmę, ale później... Bardziej przypominało to rajd przygodowy niż bieg. Co prawda mam zerowe doświadczenie jeśli chodzi o trasy ultra maratonów, więc nie wiem, jak to wygląda na innych tego typu imprezach biegowych, ale momentami byłam naprawdę zaskoczona tym, jak organizator postanowił poprowadzić trasę. Wyobrażałam sobie takich zacierających ręce gości, którzy myśleli sobie: "Ooo! Tutaj damy im popalić, tak że zapamiętają ten odcinek na długo! Dalej prosto tym lasem? O nie! Niech wbiegną w te krzaki, potem trochę przez łączkę, a za momencik... tak! Tutaj w te piachy! Ależ to będzie masakra! A za chwilkę jeszcze te pokrzywy... " I nie piszę tego z żalem (chociaż na trasie moje spostrzeżenia były bardziej nacechowane emocjonalnie...) - taki to już urok tego typu biegów! Do 18km trzymałam jeszcze całkiem mocną pozycję - byłam 4. wśród kobiet. Ogólnie przez pierwsze 13km biegłam tuż za trzecią kobietą, która wyglądała na mocną zawodniczkę i aż miło mi było na samą myśl, że wiele jej nie odstaję. Później ona trochę przycisnęła tempo, a ja uznałam, że to jeszcze za wcześnie na szarżowanie. Biegło mi się po prostu dobrze i stabilnie.  Może nie zabrzmi to skromnie, ale jestem przekonana, że gdyby nie moje doskwierające straszliwie kolano w drugiej połowie biegu, to dobiegłabym parę minut za nią i utrzymała miejsce tuż za podium. Ale niestety tak się nie stało. W każdym razie... W okolicach 15-16km organizatorzy zgotowali uczestnikom niezłą niespodziankę w postaci stromego zbiegu (pewnie ze 200 metrów) po takich piachach, że można się było w nich zapaść po kolana. Ten kto był bardziej doświadczony w bieganiu po górach ten pewnie mógł sobie całkiem nieźle poradzić, ale dla mnie, jako typowego miejskiego biegacza równało się to z przejściem do niemalże marszu - gdybym miała w sobie więcej brawury, to pewnie biegłabym na łeb i szyję po tych piachach, ale należę do raczej ostrożnych, więc po prostu starałam się nie skręcić sobie kostki. A co ja potem miałam w butach! Myślę sobie: "jej, przede mną jeszcze ponad 20km, a ja mam w butach piaskownice!". Ale nic to. Pocieszałam się, że przecież wszyscy biegnący mają teraz ten sam problem, więc nie ma co się użalać. Na pewnym etapie biegu i w takich warunkach są rzeczy, które się po chwili przystosowania do nich po prostu ignoruję. Po kilometrze zapomniałam o tym dyskomforcie, bo było mnóstwo innych... :) Fizycznie czułam się jednak cały czas bardzo dobrze. Wiadomo, było ciężko, bo na takiej trasie nie może być łatwo, ale byłam przygotowana na ten rodzaj cierpienia - kto biega, ten wie co mam na myśli. I byłam gotowa utrzymać to do końca... 
Za 19km znajdował się pierwszy punkt odżywczy na trasie. Napiłam się trochę wody i wzięłam sobie na drogę kawałeczek arbuza i banana, po czym... złapała mnie straszna kolka i to w dwóch miejscach (tuż pod klatką piersiową i w dolnej części brzucha). Nadal dosyć mocno padało i miejscami błotko było grząskie, a do tego przez prawie kilometr trasa wiodła zdecydowanie w dół - na kolkę zbiegi raczej niestety nie pomagają (w ogóle te zbiegi na dłuższym dystansie okazują się dużo gorsze niż podbiegi, które totalnie masakrują mięśniowo - jakkolwiek głupio to nie zabrzmi: często odpoczywałam na podbiegach!), a raczej wręcz ją nasilają, więc w pewnym momencie musiałam się na chwilę zatrzymać. Ktoś nawet proponował mi wodę i żele - dziękuję! Na szczęście po jakimś czasie kolka minęła, ale zaczęły się dużo większe problemy. KOLANO. Tylko ja jedna wiem ile wycierpiałam na trasie przez znaczną część drugiej połowy dystansu. Może gdyby to była trasa jakiegoś miejskiego maratonu to zeszłabym z trasy i wsiadła do autobusu, jak to zrobiłam na Orlen Warsaw Maraton w 2015 roku o ile mnie pamięć nie myli (również z powodu kolana) i takim sposobem dotarła w okolice mety... Ale tutaj nie było takiej możliwości. Musiałam się jakoś doczłapać. Trochę szłam, trochę biegłam, truchtałam, a co jakieś paręset metrów musiałam się zatrzymywać, bo ból nie pozwalał mi dalej kontynuować wysiłku. Chwilami łzy napływały mi do oczu (głównie z frustracji), ale starałam się nie popadać w rozpacz, bo w tym momencie było to najgorsze co mogłam zrobić. Zaciskałam zęby i dalej mozolnie posuwałam się do przodu. Starałam się wyprzeć z siebie wszelkie emocje, a skupić się jedynie na tym, aby dotrzeć do mety. Co jakiś czas powtarzałam sobie takim czystym, wyzbytym ze wszystkiego co nie dotyczy "tu i teraz" głosem: "Boże, pomóż mi...". Nie wiem, czy to pomogło, ale te słowa naturalnie nasuwały mi się na usta. Wyprzedali mnie mężczyźni i niestety wyprzedziły 3 kobiety. Ale wiedziałam, że na to już nic nie mogę poradzić, chociaż pod względem wydolnościowym, mięśniowym i każdym innym prócz kolana czułam się naprawdę dobrze i gdyby nie ten ból, to myślę, że byłabym w stanie nawet przyśpieszyć na ostatnich kilometrach. Jedynie to mnie blokowało. Ostatecznie na metę przybiegłam jako 8. wśród kobiet na 76 startujących, a open byłam 68/243. Czas: 3h 45min 20 sek. Co mnie zdziwiło, według Garmina czas ruchu wynosił 3h 39 minut, więc na postojach spędziłam łącznie około 6 minut, a przyznam, że zdawało mi się, że zajmowało mi to całą wieczność.  Dodam, że pierwszą kobietą była Edyta Lewandowska - Mistrzyni Polski w Maratonie w 2009 roku, Mistrzyni Polski w ultramaratonie górskim i Wicemistrzyni Europy Masters! Więc nie był to światek tylko amatorski, choć podobno biegła ona treningowo. Tak czy siak, fajnie być w pierwszej 10-tce wśród takich biegowych weteranek.


Czy jestem z siebie zadowolona po tym biegu? Tak. To była naprawdę heroiczna walka i jestem z siebie dumna, że dotarłam do mety. Uważam, że byłam bardzo dobrze przygotowana na taki wysiłek - godziny treningów i biegowy staż pozwalają mi już na przebieganie długich dystansów w dobrym samopoczuciu. Ale nie pozwala na to kolano i ten bieg był też na tyle cennym doświadczeniem, że dobitnie uświadomił mi jeden fakt: dopóki nie wyleczę tego kolana, nigdy nie będę spełnionym biegaczem. Mogę sobie mówić, że wystarcza mi sama radość z treningu (bo ja naprawdę lubię trenować i mało co tak mnie cieszy, jak solidnie przetrenowany miesiąc), że będę biegać maksymalnie półmaratony itd. Ale gdy przychodzi co do czego (tj. start w zawodach, który powinien być przecież wisienką na torcie i ukoronowaniem wysiłku, jaki wkłada się miesiącami, latami w trening), to niestety tak nie jest. Pora więc spróbować to zmienić i dać sobie szansę, aby trening w końcu "oddał" mi któregoś dnia i zamiast kolejnej frustracji i niepełnej radości na mecie, czuć, że dałam z siebie wszystko na miarę swoich (wypracowanych!) możliwości. Mam nadzieję, że nie będę zmuszona do jakiejś mega długiej przerwy od treningów i nie będzie to bardzo skomplikowane leczenie, ale jeśli okaże się, że tak... Cóż, nie zrezygnuję. 



Za metą...

Och, jakże się cieszyłam, że to już koniec. Szybko odnalazłam się ze swoim najlepszym kibicem, w skrócie zdałam relację i pokierowałam się do namiotu, gdzie wydawano posiłek regeneracyjny. To w jakiej kolejności spożyłam dostępne tam produkty, tylko świadczy o moim zmęczeniu (ten kto mnie zna, ten wie przywiązuję do tego wagę i nie potrafię zrozumieć jak np. przed śniadaniem można jeść czekoladę, albo po zupie ciasto, a później drugie danie...). Najpierw lody, potem piwo, woda kokosowa, trochę czekolady, następnie zupa pomidorowa, czekoladowa muffinka ... Wszystko na odwrót. :D Jako, że start i meta znajdowały się tuż przy wcześniej wspomnianym Jeziorze Szeląg, nie omieszkałam z tego nie skorzystać i choć nie wzięłam nic na przebranie, to w sportowej bieliźnie weszłam do wody, aby chwilę popływać i zmyć z siebie trudy (ekhem) tego biegu. Ależ to było błogie uczucie! Po wyjściu z wody było mi trochę chłodnawo, ale zostałam poratowana bluzką, no i do samochodu też nie było tak daleko. 

Pod wieczór pojechaliśmy jeszcze do Ostródy na lody, wieczorem, gdy nasi lekkoatleci zdobyli 2 złote medale (Justyna Święty-Ersetic na 400m i Adam Kszczot na 800m - cóż to były za biegi!) mój najlepszy kibic poszedł zrobić małą mazurską pętelkę. I gdy przybiegł cały mokry, zmachany i ubrudzony błotkiem, nawet żałował, że nie zapisał się na U10! :) Takie to właśnie jest, to całe bieganie. :) 

* Dla rozwiania wątpliwości co do sprawy mojego kolana (bo przecież nie wszyscy czytający ten wpis mogą wiedzieć): w 2015 roku potrącił mnie samochód i od tego czasu mam z nim problemy na dłuższych dystansach.

poniedziałek, 28 maja 2018

V Pruszkowski Bieg Wolności - czyli relacja z bardzo gorącej dychy...

W ostatni weekend jakże gorącego w tym roku maja odbył się V Pruszkowski Bieg Wolności. Temperatura w cieniu wynosiła około 27 stopni, żar lał się z nieba i nie widać było ani jednej chmurki na horyzoncie. Słowem - ciężko wyobrazić sobie gorsze warunki do biegania. W drodze na start też mieliśmy trochę niefortunnych przygód... Ale na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie. 

 

Start biegu. Zdjęcie pochodzi ze strony http://pruszkowbiega.pl

Start w tych zawodach zaplanowałam dosyć spontanicznie. Na liście startowej pojawiłam się 6 dni przed biegiem i jeśli pogoda by dopisała chciałam biec na życiówkę. Uznałam, że to też ostatni dzwonek tej wiosny, która zdecydowanie bardziej przypomina upalne lato, aby coś jeszcze konkretniejszego nabiegać. Zrobiłam więc delikatny tapering w tygodniu przed i starałam się być w dobrej dyspozycji na dzień zawodów. Z niejaką obawą patrzyłam jednak na prognozy pogody, które nie były zbyt pomyślne, więc liczyłam się z tym, że będę musiała trochę zmienić swoje plany. W sobotę lało jak z cebra, a na dodatek nad Warszawą przechodziła jeszcze burza. Współczuję, ale podziwiam jednocześnie osoby, które tego dnia biegły półmaraton nad Zegrzem - szacunek!



Za to w niedzielę już od samego rana słońce nieźle przygrzewało, co zaczęło mnie trochę stresować. Jakby mało mi było adrenaliny, to przegapiłam też w regulaminie zawodów punkt, gdzie to napisane było, że biuro zawodów w dniu biegu czynne jest do godziny 9... W samochodzie byliśmy dopiero około 8:40 i jeszcze zaczęła szwankować nam nawigacja. Niby z Warszawy do Pruszkowa w niedzielny poranek to w zasadzie rzut beretem, ale nie wiem, jak to się stało, że zamiast do Pruszkowa na Bohaterów Warszawy, dojechaliśmy do Ursusa na ulicę Dzieci Warszawy, a na zegarze była już 8:55. Przyznam, że nawet miałam myśli, żeby odpuścić i podświadomie taka wizja sprawiała mi ulgę, bo jak tylko pomyślałam o tym, jak bardzo jest gorąco i jak bardzo mogę cierpieć na trasie tego biegu przez tą afrykańską pogodę, to robiło mi się źle... A jakby mało nam było niefortunnych zdarzeń, to jeszcze na szybę kierowcy przed nami wpadł gołąb i trochę krwi chlapnęło też na nas... Na szczęście jednak (z krwią na szybie) dojechaliśmy do biura zawodów w Pruszkowie, które dla takich gap i spóźnialskich, jak ja było nadal otwarte. Odebrałam pakiet i o 9:10 byłam już na Stadionie Znicz w Pruszkowie. Słońce grzało tak mocno, że aż paliły plecy... O biegu ze średnią 4:23/km mogłam zapomnieć w takich warunkach. Jestem raczej w gronie tych osób, które słabo znoszą upały, więc trzeba było myśleć realistycznie. Średnia 4:35-4:39/km to maks na jaki mnie obecnie stać w takich warunkach. Trochę dziwił mnie widok osób, które na 40 minut przed biegiem zaczęły już rozgrzewkę, ale cóż... różne ludzie mają upodobania. Ja swoją zaczęłam około 9:40 i po dwóch kilometrach (w tym trzech przebieżkach) byłam już kompletnie zlana potem. 

Gorąca rozgrzewka...

Na starcie ustawiło się około 200 biegaczy, więc tak kameralnie. Równo o godzinie 10 ruszyliśmy ze Stadionu Znicz na ulice Pruszkowa, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Od urodzenia mieszkam w Warszawie, a trochę wstyd przyznać - moja stopa nigdy tutaj nie postanęła. Jakoś źle mi się kojarzyły te rejony (że dresy i te sprawy), ale ten bieg zdecydowanie odczarował to negatywne skojarzenie. Pruszków jest bardzo ładny i taki z klimatem. Zadbane uliczki, osiedla z domkami, piękny park, stadnina koni i dużo zieleni. I stadion też mają całkiem fajny, tylko ten tartan trochę już wytarty... :P Z chęcią tutaj wrócę. :) W każdym razie (bo już nieco odbiegłam od tematu) - ruszyliśmy i to dosyć mocno. Przede mną biegło 6 kobiet, a co zabawne jedną z nich była dziewczyna, która brała udział w I Biegu Marii Grzegorzewskiej, a którą to... wyprzedziłam wtedy na 4-tym kilometrze. Tym razem też wystartowała dosyć mocno i przez pierwszą połowę biegu była sporo przede mną, ale sukcesywnie się do niej zbliżałam i na 6-tym kilometrze udało mi się ją wyprzedzić. Historia lubi się trochę powtarzać i wbrew pozorom nasz warszawski światek biegaczy nie jest, aż taki duży jakby się mogło wydawać. :) Swoją drogą uważam, że to dziewczyna z dużym biegowym potencjałem - młodsza ode mnie o 6 lat, sylwetka biegaczki (ja musiałabym przejść chyba na dietę 1000kcal, żeby się tak prezentować :D), na razie z tego co widziałam biega bez zegarka, a na "samopoczucie" - moim zdaniem ma szansę jeszcze namieszać w amatorskim światku jeśli w porę ją ktoś wyłapię i zacznie trenować bieganie bardziej profesjonalnie. Może jakimś cudem wpadnie na tą relację i będzie wiedziała, że to o niej mowa. :) 

Wracając do biegu. Tętno już niemal od samego początku wskoczyło mi na czerwoną strefę (powyżej 170ud/min). Starałam się biec zachowawczo na ile to tylko możliwe na zawodach, bo wiedziałam, że w takim upale wystarczy przeszarżować 1km, żeby na następnym paść jak mucha. Wolałam więc przebiec cały dystans średnio mocno, ale dobiec do końca, niż połowę ile fabryka daję, a potem leżeć gdzieś w krzakach (a i takie przypadki niestety na tym biegu widziałam, co wcale mnie nie dziwi przy takiej pogodzie). Z każdym kilometrem moje tętno rosło, a na 7-mym kilometrze przekroczyło już średnią 180ud/min. Na ostatnim sięgnęło, aż do 188 uderzeń, więc mimo dosyć kiepskiego tempa i tak serce było już niemal na skraju wytrzymałości... Chociaż przyznam, że mimo ciężkich warunków nie miałam jakiegoś prawdziwego kryzysu, ani kolki. Cały czas było po prostu ciężko, ale do wytrzymania. Oczywiście gdybym starała się biec w planowanym tempie na życiówkę, to pewnie szybko by mnie odcięło. Cały dystans biegłam praktycznie sama, co też nie ułatwiało zadania. Co jakiś czas tylko kogoś wyprzedzałam, albo ktoś wyprzedzał mnie. Taki to już urok kameralnych biegów. Wiedziałam, że już żadna kobieta mnie nie wyprzedzi, a i panów też niewielu, ale mimo to starałam się nie odpuszczać. Ostatnie 300 metrów biegło się po wcześniej wspomnianym Stadionie Znicz, dzięki czemu był najszybszym moim kilometrem w tym biegu. Osobiście bardzo lubię, gdy tak usytuowana jest meta (identycznie jest na Półmaratonie Radomskiego Czerwca - oj tam to mają piękny stadion!). Z boku trybuny, tartan pod nogami (oj jak ja lubię czuć tartan pod nogami!). Idealnie. 



Finalnie dobiegłam jako 6. kobieta, a trzecia w swojej kategorii wiekowej K20. Co prawda podczas dekoracji stałam na pierwszym miejscu w swojej kategorii, co szczerze mnie zdziwiło, ale to dlatego, że organizator nie chciał, żeby osoby stające na pudle w klasyfikacji OPEN i w kategoriach wiekowych się dublowały. W związku z tym.. otrzymałam statuetkę za 1. miejsce w K20. Ale podkreślę jeszcze raz: byłam trzecia. :) Czas jaki uzyskałam to 46:26. Ponad 4 minuty straty do pierwszej kobiety (żadna nie złamała 40 minut), ale wystarczyło, żeby cieszyć się małym zwycięstwem.


Jeśli chodzi o mój start w tym biegu to byłoby chyba na tyle, ale pozwolę sobie jeszcze na parę dodatkowych wzmianek. Uważam, że takie kameralne imprezy to świetna sprawa dla amatorów. Na pudle mają szanse stanąć osoby, które w wielkich biegach masowych, gdzie to granica między amatorami, a profesjonalistami zdecydowanie się zaciera, mają na to bardzo małe szanse. A przecież też poświęcają bieganiu masę czasu i wkładają w to mnóstwo wysiłku. I wplatają w to jeszcze inne obowiązki. Tylko biegacz amator wie, jaki to czasem heroizm! :) Po drugie można spotkać wiele inspirujących osób, jak np. niewidomy pan ze swoją przewodniczką, który to ukończył około 150 maratonów na całym świecie; mężczyzn i kobiety w kategoriach 50-60, którzy wyglądają młodziej o dobre 10 lat i wykręcają świetne wyniki - czy jest lepszy przykład na to, że bieganie to świetny sposób na życie? Tacy biegacze to najlepsi ambasadorzy biegactwa! I oczywiście osoby na wózkach inwalidzkich, które zawsze bardzo podziwiam za siłę (głównie psychiczną) i wytrwałość.

Bardzo wzruszający i inspirujący widok. Podziwiam! Zdjęcie pochodzi ze strony http://pruszkowbiega.pl

Tak, to był zdecydowanie dobry dzień. A wieczorem potruchtałam jeszcze ponad 7km na Młocinach ze swoim biegowym... upartym podopiecznym. Chciał się poddać mimo kolki (a jaką kwaśną miał minę!), ale mu nie pozwoliłam. :)

czwartek, 24 maja 2018

Relacja z kameralnego I Biegu Marii Grzegorzewskiej

Trzy tygodnie temu wpadła mi w oko informacja, że uczelnia na której miałam większą lub mniejszą przyjemność studiować organizuję pierwszy w swojej historii bieg na dystansie 5 km. Myślę sobie: czemu by nie wystartować? I tak też zrobiłam. 

 


W głowie tliły się jednak pewne wątpliwości. Miałam w planach wystartować w Półmaratonie Hajnowskim, który odbywał się następnego dnia i raczej tam chciałam bardziej się wykazać, więc zależało mi, aby być w dobrej dyspozycji. Niby 5 km to nie dużo i szybko można się zregenerować, ale wiedziałam też, że regeneracja ta byłaby z pewnością nieco zaburzona. Niemal od razu po biegu czekała mnie podróż z Warszawy do Czuchleb (ponad 2 godziny jazdy samochodem), a następnego dnia rano kolejna podróż z Czuchleb do Hajnówki (prawie 100 km) i start półmaratonu o godzinie 12 (w tym również kolejny przejazd autokarem z Hajnówki do Białowieży na linię startu). Brzmi na trochę szalony plan. Poza tym... chciałam zająć wysoką lokatę na tej niepozornej piątce i wyprzedzić wszystkie studentki Akademii Pedagogiki Specjalnej. :D Wahałam się więc trochę czy start w tym biegu to dobry pomysł, ale zweryfikowało to moje gapiostwo... 10 maja chciałam opłacić swój start w Hajnówce i okazało się (jej, tak nagle, prawda? jakby to nie było regulaminu tegoż biegu...), że można ją uiszczać do dnia... 7 maja. Przyznam, że zrobiło mi się strasznie przykro i żal. Byłam na siebie naprawdę wściekła. Od paru lat ten półmaraton jest na liście biegów w których bardzo chciałabym wystartować i na początku kwietnia postanowiłam, że w tym roku będzie to dobry i sprzyjający moment (w głównej mierze dlatego, że logistycznie stało się to prostsze), aby to zrobić. Ale cóż... gapa ze mnie straszna. Hajnówki nie pobiegłam, w biesiadzie udziału nie wzięłam, na pudle nie stanęłam i z żubrem zdjęcia też nie mam. Całe szczęście na otarcie łez udało mi się osiągnąć mały sukces na I Biegu Marii Grzegorzewskiej...




Start w tej piątce i tak był trochę szalony nawet bez wizji brania udziału w półmaratonie następnego dnia w innym województwie... Bo i termin tego biegu był trochę nietypowy i mało korzystny. Piątek o godzinie 15... Cóż, bardzo po studencku. W związku z tym musiałam szybko teleportować się z pracy do domu, przebrać się w strój sportowy, odsapnąć 10 minut i siup do autobusu w stronę Parku Szczęśliwickiego, gdzie odbywał się ten bieg. Plan w bardzo amatorskim stylu. Rozłożenie posiłków tego dnia też było dla mnie trochę problematyczne, gdyż w zasadzie nigdy nie biegam o tej porze, ale wyszłam z założenia, że wolę być "niedojedzona" niż przejedzona (w 99% robię treningi na czczo nie licząc porannej kawy, więc mój żołądek lepiej zachowuję się gdy jest pusty niż pełny podczas biegania :P). Jakoś udało mi się z tym wszystkim uporać i kwadrans po 14 byłam już w Biurze Zawodów. Odebrałam swój pakiet startowy (i tutaj mała dygresja: start w tym biegu był darmowy, a w pakiecie była nawet bawełniana koszulka z logiem APS-u, numerem startowym, chipem i wodą źródlaną, a na każdego uczestnika na mecie czekał symboliczny medal, a dla zwycięzców... piękne puchary) i udałam się na rozgrzewkę. I tutaj zaczęło robić się ciężko...

Trasa biegu obejmowała 4 pętle (1,25 km) po Parku Szczęśliwickim. Nigdy jeszcze nie biegłam w tym miejscu, więc moja rozgrzewka stanowiła jednocześnie rekonesans trasy. Łapie sygnał GPS, zaczynam biec... i oj. Tempo 5:40/km, nogi jak z ołowiu, kostka Bauma i wściekły wiatr. I jeszcze ta pora. Przyjemna to ta rozgrzewka nie była i nie napawała optymizmem. Zrobiłam jedno okrążenie i ... jedną przebieżkę, bo jak zobaczyłam, że robię ją ledwo w tempie 5:00/km to nie chciałam się dalej dołować. Wiedziałam, że to będzie bolesne 5km, bez żadnej lekkości i z grymasem na twarzy. Ale z drugiej strony nie miałam zamiaru odpuszczać, bo przyjechałam na te zawody z bardzo konkretnym i realnym zamiarem. 


Większość uczestników biegu to byli zdecydowanie studenci, a raczej studentki APS (to dość sfeminizowana uczelnia; pamiętam, że na moim roku było chyba 5-ciu mężczyzn na około 300 studiujących osób) w niebieskich koszulkach z pakietu. Osoby z poza raczej się wyróżniały i wyglądały bardziej pro... :P Wyłapałam wzrokiem paru znanych mi z widzenia biegaczy i ustawiłam się w pierwszej linii na starcie. Krótkie przemówienia organizatorów, powitanie uczestników i z lekką obsuwą czasową ruszyliśmy. Wystartowaliśmy dosyć mocno, patrzę tempo 3:40/km - za mocno jak dla mnie nawet i przy dobrej dyspozycji. Dwie dziewczyny w niebieskich koszulkach ruszyły niczym Struś Pędziwiatr i były dobre 200 metrów przede mną. Albo są tak mocne, że nie mam z nimi szans - pomyślałam, albo trochę się zapędziły i zaraz któraś z nich opadnie z sił i nie wytrzyma narzuconego sobie tempa. Za mną w odległości około 50 metrów widziałam czwartą kobietę, ale sukcesywnie zwiększałam odległość pomiędzy nami, tak że na drugiej nawrotce już jej nie widziałam. Przyznam, że od początku biegło mi się strasznie topornie, na co wskazywała rozgrzewka przed biegiem, ale odpuszczenie nie wchodziło w grę. Na 5000 metrów tegoż biegu, ani jeden nie był przyjemny, ale z drugiej strony... tym w dużej mierze charakteryzują się starty na krótkich dystansach. Cierpienie od startu do mety... Po niecałych dwóch minutach biegu moje tętno wskoczyło już na 170ud/min, a później oscylowało w okolicach 180ud/min. A tempo zawrotne zdecydowanie nie było, ale czułam, że nic więcej nie jestem w stanie z siebie wycisnąć w takich warunkach. Na trzecim okrążeniu dziewczyna biegnąca przede mną na 2. miejscu zaczęła nieco słabnąć i z każdym metrem ją doganiałam. Trochę się wahałam, czy ją wyprzedzić, więc przez dobre 500 metrów "siedziałam" jej trochę niekulturalnie na "ogonie", ale gdy zaczęłyśmy ostatnie czwarte okrążenie uznałam, że czas postawić wszystko na jedną kartę: albo ona zrobi nagły zryw i zacznie mnie wyprzedzać, albo ja narzucę swoje tempo i wytrzymam presję (wiadomo, że lepiej gonić niż być gonionym). 




Uff. Udało mi się dobiec na 2.miejscu, jakieś 20 sekund za pierwszą kobietą. Open byłam 11. Czas: 21:48 sekund. Jakby nie patrzeć życiówka, bo ostatnio na tym dystansie startowałam chyba w 2013 roku (pamiętam, że to był bieg w Rembertowie, w słońcu dobre 30 stopni C, okropieństwo; no i biegałam wtedy jeszcze chyba bez Garmina! Cóż za zamierzchłe czasy!) ... Może nie zabrzmi to skromnie, ale wiem, że w optymalniejszych warunkach stać mnie na wynik poniżej 21min, ale tym razem czas nie był najważniejszy. Pudło bez satysfakcjonującej życiówki to też sukces. A jaki ładny pucharek udało mi się zdobyć! Zdecydowanie najładniejszy w mojej skromnej kolekcji. :) Gratulacje i uścisk dłoni rektora, pamiątkowe zdjęcia. Stanąć na pudle - mało co tak cieszy biegacza! Dla takich chwil warto trenować i czasem pomęczyć się trochę bardziej... :)   




wtorek, 1 maja 2018

Podsumowanie kwietnia i trochę o tym, że rezygnacja nie zawsze jest taka zła

Za nami już kwiecień, czas więc na krótkie podsumowanie ku własnej uciesze. Miesiąc ten miał się zakończyć startem w Orlen Warsaw Maraton, a potem tygodniowym roztrenowaniem (lub jak kto woli po prostu odpoczynkiem). Zmieniłam jednak plany. I nie jest mi jakoś specjalnie przykro z tego powodu. Ale jak to zwykłam pisać: po kolei.

 


Pierwszy tydzień kwietnia był dla mnie nauczką na przyszłość, że nie można lekceważyć regeneracji. W niedzielę i poniedziałek nie byłam w stanie pobiegać kompletnie nic. Plany miałam zupełnie inne, gdyż w tych dniach z uwagi na święta wielkanocne byłam w domu na Powiślu, gdzie warunki do biegania są świetne. Parę dni wcześniej myślałam, jakie swoje ulubione tutaj trasy wykonam, a w rezultacie (braku regeneracji rzecz jasna) udało mi się wykonać jeden treściwy akcent (o czym pisałam w podsumowaniu marca), a potem... Nie miałam siły kompletnie na nic. W niedzielę i poniedziałek nie mogłam patrzeć na buty do biegania. Tak naprawdę to te dwa dni bez biegania i tak były niewystarczające, ale we wtorek uznałam, że czas coś pobiegać. Teraz jak o tym myślę, to sama mam grymas zdziwienia na twarzy i nie wiem co mną kierowało, ale w każdym razie... Na wtorek zaplanowałam BNP (bieg z narastającą prędkością) swoją jedną z ulubionych tras Czuchleby-Zabuże (nad Bugiem). Do 17-tego kilometra jeszcze jakoś szło, choć tętno miałam dziwnie wysokie, jak na tempo w którym biegłam, a lekkości w nogach niemal za grosz. Ale uznałam, że się nie poddam. Do 21-ego kilometra walczyłam dzielnie, a potem... Zaczęło szwankować mi kolano. Czułam ten znajomy ból, który zaczął występować na dłuższych dystansach po felernym potrąceniu mnie przez samochód w 2015 roku. Tempo zamiast narastać, spadało...Z każdym metrem dojrzewała we mnie myśl, że start w Orlen Warsaw Maraton byłby w moim przypadku głupotą. Że nie ma co się oszukiwać: ten ból w kolanie w okolicach 24km na pewno mnie dopadnie, a później będę tak truchtać jeszcze prawie 20km. Nie. To nie ma sensu. Cóż z tego, że stanę dobrze przygotowana na starcie, jeśli ten ból nie pozwoli mi tego właściwie wykorzystać? A zamiast radości na mecie, będzie głównie frustracja? I jeszcze przy okazji nabawię się takiej kontuzji, że będę wyłączona z treningu na ładne parę miesięcy... Mądrzy i rozsądni ludzie pewnie już teraz by mi poradzili, abym udała się do jakiegoś dobrego fizjoterapeuty lub innego specjalisty. I pewnie któregoś dnia tak zrobię. Na razie jednak bieganie dystansów od dychy do półmaratonu mi wystarcza i nie chce się bawić w jakieś zastrzyki w kolano lub inne tego typu historię. 

Ależ piękny ten Bug, prawda?

W każdym razie nad Bugiem już czekała na mnie eskorta. Oświadczyłam, że rezygnuję ze startu w maratonie i prosiłam, aby mi to przypomnieć za tydzień i za dwa, jeśli bym niezbyt rozsądnie i w przypływie emocji zmieniła zdanie... 
Zadecydowałam, że zamiast maratonu pobiegnę jeszcze jeden półmaraton. Padło na PKO Poznań Półmaraton, który odbywał się 15 kwietnia. Z tyłu głowy miałam, aby spróbować się rozprawić z tymi 40 sekundami, których zabrało mi do złamania 1:40, ale... to nie był dobry dzień na bieganie, o czym za chwilę napiszę.

W dwóch tygodniach przed tym półmaratonem zrobiłam 2 całkiem dobre akcenty, które wskazywały na to, że jestem w niezłej formie (teoretycznie nawet lepszej niż przed Półmaratonem Warszawskim). Prócz tego dużo rozbiegań i trochę ćwiczeń uzupełniających. Niestety zaczęło się robić coraz cieplej, a wiosna bardziej przypominać lato... Do Poznania przyjechaliśmy dzień wcześniej. Dużo dobrego słyszałam o tym mieście, ale nas jakoś średnio urzekło... Zjedliśmy całkiem dobre pierogi z pieca w restauracji "Pierożek i kompocik", trochę się przeszliśmy (w poszukiwaniu marcińskich rogali, ale nigdzie nie mogliśmy ich zdobyć, a Muzeum Rogala było już zamknięte :( ), posiedzieliśmy nad Maltą i grzecznie wróciliśmy do hotelu. 



Rano w dniu biegu czułam, że to nie jest mój dzień. Upał i kobieca niedyspozycja nie wróżyły dobrze. Po prostu czasem jest tak, że czujesz, że to jest TEN dzień, a czasem, że dzisiaj wiele z siebie nie wyciśniesz, choćbyś nie wiem, jak się starał. Nie będę szczegółowo opisywać tego półmaratonu, więc w skrócie powiem tak: było cholernie ciężko. Ludzie padali jak muchy. Już od 5-tego kilometra nie łudziłam się, że mam szansę nabiegać przyzwoity czas. Starałam się jedynie trzymać tempo poniżej 5:00/km by zachować jakieś miary przyzwoitości... 


Do 14-tego kilometra ciągnęłam jeszcze ten wózek, ale później to już była walka o przetrwanie. Na 18-tym kilometrze przyłączyłam się na chwilę do peacmakerów z balonikiem 1:45 i chciałam dobiec z nimi do mety, ale wymiękłam. Dopadły mnie dziwne duszności i musiałam się zatrzymać. Wręcz nie mogłam nabrać powietrza - ani ustami, ani nosem. Duszność mieszała się ze spazmami (ze zmęczenia, aż chciało mi się płakać ... ) - przyznam, że nigdy nie miałam takiej przypadłości na żadnym biegu.




Do mety dobiegłam z kiepskim czasem 1:46:40. Chociaż jeśli spojrzeć na miejsca w kategoriach, to przedstawiało się to podobnie, jak w Półmaratonie Warszawskim. Można więc uznać, że poradziłam sobie adekwatnie do formy. Nie miałam do siebie pretensji, że ten bieg nie poszedł mi tak, jakbym chciała - nie na wszystko mamy wpływ. Po biegu udaliśmy się na zasłużoną pizzę, a potem szybko do Warszawy najdroższą na świecie Autostradą Wolności...
 


Następny tydzień miał być tygodniem regeneracji, ale znowu średnio mi to wyszło... Niby żadnych akcentów nie robiłam, ale objętość wyszła spora, bo trochę też rowerowałam. W sobotę 21 kwietnia trochę zaszaleliśmy i zrobiliśmy całkiem pokaźną trasę z Modlina do Warszawy przez Kampinos... Prawie 100km pedałowania, w tym 80% po leśnych drogach. Dosyć nużąca jazda (zdecydowanie dla fanów MTB), ale lasy piękne :)

Ostatni tydzień kwietnia obfitował w różnego rodzaju wydarzenia (koncert w Poznaniu, wesele w Jachrance...), które mogły zaburzać trening i regenerację, ale biegacz amator (stety lub niestety) nie samym bieganiem żyć może. Mimo to udało się zrobić trochę sensowych kilometrów. 








Podsumowując w liczbach:
Bieganie: 281,84km (24h 41min)
Spinn bike + rower: 183, 26km (13h 24min)
Trening uzupełniający: oj kulał w tym miesiącu... około 2h 15min
Udział w zawodach: PKO Poznań Półmaraton
Łączny czas treningu/aktywności: 40h 20 min
Spalonych kalorii: 20, 632 C

sobota, 31 marca 2018

Podsumowanie całkiem solidnego marca

To był naprawdę dobry treningowo miesiąc - pod względem objętości i jakości również. Luty nie wyszedł tak jakbym chciała, ale za to marzec przepracowałam zgodnie z założeniami. Udało się też poprawić w kwestii treningu uzupełniającego, co w poprzednich miesiącach mocno kulało. No i nabiegałam też nową półmaratońską życiówkę. Może nie do końca taką jak chciałam, ale życiówka to życiówka.

 


Ostatnio barierę 300 km przebiegniętych w jednym miesiącu przekroczyłam ... w listopadzie 2015 roku. Jak to strasznie dawno temu? A potem miałam kontuzję z którą borykałam się całą zimę (złamanie zmęczeniowe śródstopia) ... Ale nie patrzmy, aż tak daleko wstecz. Pierwszy tydzień marca był małym taperingiem przed Półmaratonem w Wiązownej (relacja).

Ależ dynamika biegu... Umieram
Co prawda nie miałam wtedy jeszcze czego zbytnio wyostrzać w swojej formie, bo tuż po chorobie do niej dochodziłam, ale starałam się, żeby objętość treningów była nieco mniejsza. O jakość było ciężko tak czy siak, bo panowały wtedy siarczyste mrozy. Patrząc jednak wstecz i tak przecieram trochę oczy ze zdumienia, bo na 2 dni przed półmaratonem zrobiłam jeszcze łączony trening na siłowni (55 min spin bike, 40 min na bieżni i ćwiczenia uzupełniające). Niby wszystko na niedużej intensywności, ale lekkości na półmaratonie mi ten trening z pewnością nie dodał. Myślę, że wykonałam go z obawy i braku pewności siebie i co do swojej formy. A następnego dnia rano zrobiłam jeszcze rozruch przed zawodami. Trochę bezsensu. Półmaraton w Wiązownej był dla mnie bardzo ciężkim i mało satysfakcjonującym biegiem. Nie pamiętam zawodów po których tak źle bym się czuła.



Na szczęście w następnych dniach było już lepiej. Dwa dni po wspomnianym półmaratonie zrobiłam rano rozbieganie i czułam, że lekkość w nogach wraca. Tętno też wskazywało na wzwyż formy. Wieczorem jeszcze doprawiłam spinningiem, a następnego dnia rano zabawa biegowa 15x1min (chyba "mój sztandarowy trening tej zimy"). Tempo poniżej 4:00 było optymalne na takich krótkich szybkich odcinkach - nogi się "odmuliły". W czwartek ponad 16km rozbiegania, piątek całkowicie wolny, a na sobotę rano zaplanowałam solidny akcent na stadionie (3x1 mila tempo progowe; średnio 4:33/km; 3x3' tempo interwału - poniżej 4:10/km + rytmy 4x200 tak na dobicie). Niestety bardzo kiepsko przespałam noc z piątku na sobotę, więc było naprawdę ciężko. Ale udało się trzymać tempa zgodnie z założeniami. W niedzielę zrobiłam wybieganie z ... Czuchleb nad Bug. Trasa jest bardzo fajna, cały czas po asfalcie przez wsie, lasy i pola. Niestety też po kiepsko przespanej nocy, więc nie powiem, że nie cierpiałam momentami, ale bądź co bądź były to dobre kilometry (z jednym przystankiem przez psy, które z pewnością chciały mnie pożreć żywcem i drugim w krzakach z przyczyn fizjologicznych). I nie nawdychałam się smogu, tylko bardzo świeżego wschodniego powietrza. :) Z powrotem na szczęście nie musiałam biec, gdyż zabrała mnie moja prywatna eskorta... :) 


W następnym tygodniu zdecydowanie poprawiłam się z treningiem uzupełniającym. Wykonałam ich, aż 3 (2x 1h, 1x40'). Mogłabym też napisać "tylko", ale patrząc na to jak wyglądało to w poprzednich tygodniach, ta liczba jest całkiem niezła. Pisząc trening uzupełniający mam na myśli ćwiczenia ze sztangą, piłką gimnastyczną, ciężarkami, core stability, rolowanie, rozciąganie i inne ćwiczenia wzmacniające. Myślę, że jeśli w kwietniu podtrzymam ten trend to w końcu poczuję się mocniejsza w tym zakresie i odbiję się to pozytywnie na moim bieganiu. Choć często zaniedbuję te sferę, to zdecydowanie jestem zdania, że bez tego trening biegowy nie jest kompletny.


Aż chce się ćwiczyć, gdy ma się taką niemal pustą salę do dyspozycji :)
Akcenty jakie wykonałam w drugim tygodniu to 4x1km TP (tempo progowe) + rytmy 4x200  (środa) i znowu zabawa biegowa 15x1'... W planie miałam kompletnie co innego, ale trochę niespodziewanie w piątek była zamieć śnieżna, więc uznałam, że w takich warunkach będzie to optymalne wyjście. Więc wyszła taka zabawa biegowa po śniegu i lodzie pod Stadionem Narodowym. Tygodniowy kilometraż nadal ponad 80km, więc całkiem całkiem. 

Kolejny tydzień stał pod znakiem taperingu przed Półmaratonem Warszawskim. Czułam, że jestem już naprawdę całkiem mocna i jeśli w tym tygodniu nie popełnię żadnego większego błędu, to w niedzielę mogę nabiegać życiówkę. Starałam się wypocząć... Wbrew pozorom to wcale nie takie łatwe. W zasadzie to mogłam wypocząć bardziej, ale jak wychodziłam na rozbieganie i noga podawała to wydawało mi się, że jaka to różnica jeśli zrobię 11, czy 14km? Szczegóły tego tygodnia i relację z 13.PZU Półmaratonu Warszawskiego zawarłam tutaj.
Poniedziałek po zawodach zrobiłam sobie wolne, ale we wtorek już uznałam, że jestem w miarę wypoczęta - teraz wiem, że to były raczej pozory wypoczęcia. Rano rozbieganie, po południu siłownia; środa rozbieganie, a wieczorem spinning - tak więc 2 dni trenowania ponad 2 godziny dziennie. Niby na niskiej intensywności, ale wypocząć sobie nie dałam. W czwartek rano 12km w śnieżno-deszczowej zamieci. Myślę, że mogłam to sobie odpuścić. Na piątek zaplanowałam solidny akcent: 10x1km w tempie około progowym na przerwie 30 sekund pomiędzy odcinkami, więc ciężko.  1 - 6km średnie tempo 4:41-4:43/km; 7 - 9km 4:30-4:33/km; i ostatni kilometr - 4:26/km.  Nie skłamię, jeśli napiszę, że to był chyba najbardziej treściwy akcent w tym sezonie. Tempa może nie są zawrotne, ale szybciej nie potrzeba mi teraz biegać przed maratonem. Poza tym zrobiłam ten trening na zmęczonych nogach, bez łapania świeżości w poprzednich dniach, a mimo to nie miałam trudności z utrzymaniem tempa. Ale nie powiem... Dzisiaj rano ledwo włóczyłam nogami i 10km tempem 5:36/km to był maks, który mogłam z siebie wyciągnąć. Miałam zaplanowane BNP na jutro, ale nie wiem, czy dam radę... Zobaczymy... :) 



Podsumowanie w liczbach:
Bieganie: 347km (30h 10min)
Trening uzupełniający: 7 treningów (5h 24min) + staram się rolować i rozciągać 3-4x w tygodniu po 5-10'
Spin bike: 4 treningi (3h 46min) 
Udział w zawodach: 2 półmaratony
Życiówki: 1 (1h 40min 40sek - Półmaraton Warszawski)
Łączny czas treningu: 39h 21min
Spalonych kalorii: 21, 657 C (!!!) 

Do Orlen Warsaw Maraton pozostały jeszcze tylko 22 dni... :)